Wyruszamy w kolejną podróż do Meksyku - Ulises już nie może doczekać się swoich ulubionych smaków, zapachów i... temperatury, a ja chcę odwiedzić znajome miejsca i odkryć te jeszcze niepoznane.
RSS
wtorek, 21 marca 2006
Puebla

Puebla - duze misto, ale chyba jedna z bardziej urokliwych w Meksyku. Idelne dla tych, ktorzy chc na chwile przeniesc sie w atmosfere znana z europejskich miast uniwersyteckich - napic sie dobrej kawy, posluchac muzyki na zywo, powloczyc sie po dzielnicy artystow czy odpoczac w parku czytajac ksiazke. Dla nas Puebla okazala sie wyjatkowo goscinna - zamieszkalismy z Luisem, znajomym Ulisesa, jego bratem i kuzynem. Do rna sluchalismy muzyki, opowiadalismy historie i wraz<enia i marzylismy. Byl to tydzien pelen cudownych chwil - i spotkanie z naprawade wyjatkowymi ludzmi. Pakujac plecaki wiedzielismy, ze bedziemy za nimi bardzo tesknic.

21:07, aneta.ulises
Link Dodaj komentarz »
Meksyk D.F.

Z Tampico blyskawicznie dotarlismy do Meksyku - mielismy duzo szczescia bo szybko zlapalismy stopa prawie pod drzwi domu Fernando. Czasem autostop jest szybszy niz autobus :) Jak tylñko dotarlismy do domu przyczajona do tej pory grypa dala o sobie znac i wykluczyla mnie ze swiata na kilka dni. Zadnych przygod, niewiele nowych wrazen - aby zapelnic blogowa pustke historia o nozyczkach :)

"Co zrobic, zeby kupic nozyczki"

Nozyczki mozna kupic na wiele sposobow. Mialam szczescie i wybralam (zuelnie nieswiadomie) dosc interesujacy.

Przy jednej z ulic w centrum Meksyku natknelam sie na sredniejw ielkosci sklep, w ktorym, jak podejrzewalm, moglam kupic nozyczki. W sklepie nie bylo duzo ludzi za to wszedzie pelno obslugi. Juz przy wejsciu, uzbrojony po zeby pan w mundurze cofnal mnie o trzy kroki, bo nie zostawilam torby w przechowalni bagazu (to norma w wielyu sklepach, ze rzeczy trzeba zostawiac w szatni). W torbie nosze dokumenty i aparat fotograficzny i nigdzie jej nie zostawiam, co tez usilowalam wytlumaczyc panu Rambo. Nie przekonalo go to i koniecznie chcial zebym po sklepie nie maszerowala z torba. Przypomnialo mi sie slowo-klucz, ktore byc moze pozwala zabrac ze soba do sklepu wielka waliche: "bolsa personal" czyli torba osobista. "Aaaaaaaa, to co innego" - powiedzial pan Rambo i pozwolil mi wejsc. W miedzyczasie Ulises zostawil w sztni swoj plecak i po 10 minutach udlo nam sie wejsc do sklepu. Nozyczki znalezlismy szybciutko - 12 pesos (ok. 3.5zl), ustawilismy sie w kolejce do kasy. Kolejka niby nie byla dluga - 2 osoby - ale wszystko trwalo i trwalo. Nie widzialam co sie dzieje za przyciemniona szyba kasy - nie wiem wiec jakie operacje sa potrzebne zeby zplacic za towar. Ale w koncu dobilismy do okienka. .... Zle! Njpierw powinnismy dostac kwitek, gdzie byloby napisane "nozyczki - 12 pesos". Po kwitek trzeba ustawic sie w innej kolejce. Jest kilka osob, ktore recznie wypisuja kwitki, ale wiekszosc jest zjeta czyms innym (jedzeniem i ogladaniem telewizji glownie). Nie mozna nikogo popedzac do pracy, bo reguje mniej wiecej tak jak pani w polskim sklepie miesnym lat osiemdziesiatych zapytana o mieso. No to czekamy. Po 20 minutach mielismy w reku kwitek (formatu A4) z wypisanym "nozyczki - 12 pesos". Wtedy tez roztsalaismy sie z nozyczkami, ktore do tej pory nosilismy w sklepowym koszyku - trafily do pakowania. Po odstniu swojego w kasie ustawilismy sie do kolejnej pozornie krotkiej kolejki, zeby odebrac nozyczki za okazaniem kolejnego, innego niz poprzedni, kwotka, gdzie widnialo "nozyczki - 12 pesos zaplacone". Odebralismy nozyczki, odebralismy plecak z szatni, pokazalismy panu Rambo nozyczki i kopie ostatniego kwitka i po niecalej godzinie wyszlismy ze sklepu.

Historia ta jest prawdziwa z jednym wyjatkiem - przezylam ja osobiscie tylko do pierwszego kwitka, potem sie poddalam i wyszlam ze sklepu. Dzieki temu nie mam ani nerwicy ani nozyczek :)

Teraz jestesmy znowu w drodze - najpierw jedziemy do Cuatli, jakies 2 godziny drogi od Meksyku.  potem do Puebli. Powoli zmierzamy na poludnie...

21:02, aneta.ulises
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 marca 2006
Tampico

Minal pierwszy pelen wrazen miesiac naszej podrozy. Po wloczedze przez kilka meksykanskich stanow teraz jestesmy w domu Lucy, mojej znajomej, ktora mieszka w Tampico razem z cala rodzina: wloskim mezem, dwojka przeuroczych dzieci, mama, ciocia, niezliczona rzesza kuzynek, kolezanek, sasiadek, itd. Objadamy sie domowymi smakolykami, sluchamy plotek, chodzimy na miejscowa plaze i zbieramy sily do dalszej drogi. Za kilka dni wracamy na chwile do D.F. a potem juz na poludnie. A na naszej stronce juz niedlugo pierwsze zdjecia - cierpliwosci :)

21:56, aneta.ulises
Link Komentarze (1) »
Wadley

Poniewaz uslyszelismy kilka roznych wersji o tym, jak mozna dostac sie do watley, postanowilismy profilaktycznie ulokowac sie wczesnie na skrzyzowaniu wyjazdowym z Real de Catorce i cierpliwie czekac na to, co ma sie wydarzyc. Ok. 11 pojawil sie wypatrywany przez nas jeep, ktory zabral nas, za drobna oplata, do wioski Catorce. Tam czekalismy dalej - az do nastepnego stopa - malego pick-upa rozwozacego piwo. Przejazd droga z Real de Catorce do Estacion Catorce jest prawdziwa przygoda - waska droga wije sie w dol przez gory. Widoki i wrazenia z jazdy rozwalajacymi sie prawie samochodami zapieraja dech w piersiach. Dotarlismy do Estacion Catorce - stad do Watley jeszcze kilka kilomterow, juz calkiem plaska i asfaltowa droga. Razem ze spotkanymi na drodze autostopowiczami czekalismy sporo na pierwszy przejezdzajacy samochod, ktory (za drobna oplata :)) zabral nas do Watley. Stad juz tylko kilka krokow na pustynie.

Watley na poczatku wydala nam sie miejscem zupelnie tajemniczym. Z pozoru wioska taka sama, jak wiele innych w Meksyku, ale jednak na pustyni - nie kazdy ma w sobie wystarczajaco sily, zeby tu mieszkac. Lejacy sie z nieba popoludniowy zar sprawil, ze na ulicach nie bylo nikogo. Bylismy zagubieni i troche niepewni co dalej. W Real de Catorce polecono nam Ney'a i Don Tomasa jako osoby, u ktorych mozna przenocowac. Dom Ney'a nie wygladal na g oscinny a sam Ney wychylil sie do nas z kantyny i zdolal tylko rzucic polgebkiem cene za nocleg - sporo wyzsza niz w miejscowym hoteliku. Bez wahania wybralismy hotelik - odeszla nam tez ochota szukania Don Tomasa. Poza tym z dach dwupietrowego hoteliku mielismy wyjatkowy widok - z jednej strony gory, u stop ktorych ciagna sie tory, po ktorych co jakis czas przejezdzaja ogromne towarowe pociagi, a przed nami, z drugiej strony, pustnia. I wspaniale zachody slonca.

Poinstruowani przez kilku spotkanych mieszkancow wioski zdecydowalismy isc na pustynie (mozna tam dojechac jeep'em - za calkiem okragla sumke...). Aby dojsc do miejsca, w ktorym rosnie pejotl - kusi ogromnie, by go chociaz zobaczyc - potrzebowalismy ok. 3 godz. szybkiego marszu. Wyruszylismy o wschodzie slonca i zaglebilismy sie w pustynie. Mielismy przed soba ogromna powierzchnie porosnieta malymi krzaczkami z ostrymi kolcami i kaktusami. Gdzieniegdzie, zupelnie niespodziewanie, pojawialy sie karlowate drzewka bez lisci. A w oddali gory zamykajace horyzont.

Na pustyni, byc moze bardziej niz w innych miejscach, spotykasz sie ze soba - cienie, ktor widzisz i dziweki, ktore slyszysz tworzy w wiekszosci Twoja wyobraznia, trzeba jej zaufac, niech tworzy swoje dobre wrazenia.

Swietej rosliny Huicholi nie znalezlismy - moze nie potrafilismy szukac a moze ona nie chciala bysmy ja znalezli. Znalezlismy za to przedziwne roznorodne kaktusy, a kilka razy przebiegaly nam droge szybkie zajace. Pystynia wcale nie jest pusta...

Wrocilismy poznym popoludniem - zmeczeni, zakurzeni i pelni nowych wrazen.

W drodze na pustynie spotkalismy Luisa, ktory rok temu zmienil miasto Meksyk na pustynie, gdzie mieszka i tworzy razem ze swoja francuska zona. Spedzalismy razem wieczory pijac herbate, grajac muzyke i opowiadajac najrozniejsze historie.

Wyjezdzamy z Wadley pewni, ze musimy tu wrocic. Pustynia, ktej nie mozna polubic od pierwszego wejrzenia, powoli odkryw swoje tajemnice i dobre strony. Ludzie, ktorzy w pierwszym kontakcie sa nieufni i zdystansowani, juz po kilku dniach staja sie przyjaciolmi. My, najpierw niepewni i zagubieni teraz juz wiemy, ze miejsce to trzeba odkrywac samemu - dajac sobie na to tyle czasu, ile potrzeba.

21:53, aneta.ulises
Link Dodaj komentarz »
Real de Catorce

Raniutko wyruszylismy z Colimy - przy okazji sniadania poznalismy przesympatycznego muzyka (i jednoczesnie kucharza), ktory gra w zespole muzyki andyjskiej. Od razu znalezli z Ulisesem wspolny jezyk. Zjedlismy wiec nie tylko dobrze, ale i w nowym milym towarzystwie. Szybciutko wydostalismy sie na droge do Guadalajary - miasta, o ktorym wszyscy mowia, ze ma wszystko, co meksykanskie (cokolwiek to znaczy...). Zanim dobrze rozlokowalismy sie na drodze zatrzymala sie ogromna ciezarowka z usmiechnietym od ucha do ucha kierowca. I ruszylismy. Jak na pozadana ciezarowke przystalo dystans do pokonania miala solidny - z poludnia na polnoc Meksyku. I dokladnie w kierunku, w ktorym zmierzalismy. Nie mielismy zadnych watpliwosci - jedziemy od razu na pustynie, omijajac Guadalajare i Zacatecas.

Kierowca Hugo to mlody energiczny chlopak - poznalismy dzieki niemu tajemnice kierowcow ciezarowek, kilka niewiarygodnych historii milosnych jakby zywcem wyjetych z meksykankiej telenoweli, poopowiadalismy o Polsce i Meksyku i po 10 godzinach jazdy dotarlismy do miasteczka Matehuala przekraczajac tym samym, po raz pierwszy w Meksyku, Zwrotnik Raka.

Z Matehuala do Real Catorce jest ok. 60km, ktore pokonuje sie przez 2 godziny. Ostatnie 30 km to waska brukowana droga przez pustynny gorzysty teren, wijaca sie zakretami w gore, mijajac opuszczone i niszczejace wioski. Dlaczego uciekli z nich mieszkancy moge sie tylko domyslac - niektorzy mowia, ze przestalo byc oplacalne wydobywanie srebra w okolicznych kopalniach, inni, ze wioski zaczeli nekac rabusie schodzacy z gor. Gdy przejezdzalam przez te miejsca mialam wrazenia, ze rozumiem tych, ktorzy sie stad wyniesli. Suche gorace powietrze zmieniajace sie noca w przenikliwy chlod, gory utrudniajace komunikacje, wioski-widma za sasiadow i pustynia porosnieta kaktusami i ostymi trawami. Tym wiekszy podziw dla tych, ktorzy ciagle tu mieszkaja.

Do Real de Catorce wjezdza sie przez dlugi tunej wymierzony dokladnie tak, by zmiescil sie maly busik. Samo miasteczko tez jest na pol opuszczone, chociaz odzyskuje sily dzieki pielgrzymom ciagnacym do cudownej figury Sw. Franciszka (kosciol wylozony jest tabliczkami dziekczynnymi za dokonane cuda) i turystom, ktorzy chca poznac pustynie. Na pustyni w okolicy Real de Catorce rosnie pejotl - swieta roslina dla Indian Huicholi, ktorzy pokonuja 400km by odprawiac tu swoje ceremonie. Wizje wywolane przez pejotl sa swiete dla Hiucholi, dla wspolczesnych tusrystow-wloczegow sa kolejna przygoda.

Tearz w Real de Catorce jest bardzo spokojnie - wiekszosc straganow, restauracyjek i hoteli jest zamknieta.Zamieszkalismy w przytulnym pokoiku przyklejonym do malej restauracji dorzucajac tym samym troche grosza do pustej poza sezonem tusrystycznym kieszeni naszych gospodarzy.

Szukajacy samotnosci i magii pustyni nie powinni jednak zostawac w Real de Catorce zbyt dlugo - miasteczko jest juz skomercjalizowane, organizowane sa oficjalne wycieczki w poszukiwaniu pejotla (za suta oplata oczywiscie), atrakcyjne z pozoru konne przejazdzki i wszystko, za co tylko mozna sciagnac kase. Po obejrzeniu wiec wszystkiego w miasteczku, zjedzeniou wspanialych gorditas (grubsze tortille nadziewane np. chili, nopalem - przepyszny kaktus, fasola, itp.), spedzeniu popoludnia w pracowni artysty-Huichola, ktory robil swoje misterne, wielobarwne rzezby z malenkich koralikow, wyruszamy dalej - do Watley, nieistniejacej na mojej mapie malej wioski, juz rzeczywiscie na pustyni.

21:37, aneta.ulises
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lutego 2006
Colima

Wstalismy ze wschodem slonca, ale wyjechac z Maruaty nie da sie szybko. W miejscu, gdzie zycie toczy sie w hamaku, po prostu nie mozna sie spieszyc.

Ale w koncu ruszylismy. Pierwszy stop dosc szybko, do znanej nam juz La Placita (jedyny internet w promieniu 50 km od Maruaty). Ale tam utknelismy na dobre. W koncu nie pozostalo nam juz nic innego jak znalezc "tope". Nie wiem, czy tope to wynalazek meksykanski, ale w zadnym innym kraju nie widzialam, by ten "lezacy policjant" byl w tak powszechnym uzyciu. Topes, czyli progi na drodze, sa konstruowane z czego sie da - te oficjalne to oznakowane asfaltowe podwyzszenia, te wykonane wlasnym sumptem mieszkancow, to nawet deski rozlozone wszerz drogi. W kazdej wiosce jest ich co najmniej kilka a to oznacza, ze prowadzac samochod trzeba sie przed kazdym z nich prawie zatrzymac. Dla autostopowicza to mozliwosc porozmawiania z kierowca :) Nasz tope byl dalej niz oczekialismy, ale pomysl okazal sie calkowicie trafiony. I tak oto dotarlismy do Tecomanu - pierwszego wiekszego miasta. Stad do Colimy tylko pol godzinki drogi - przejechalismy je szybko i wygodnie (autobusem, he he). Potem znowu dwukilometrowy marsz do centrum, szukanie informacji turystycznej (istniejacej tylko w przewodniku) i hoteliku, ktory okazal sie byc przytulny i tani. I nareszcie cieply prysznic - po tygodniu na plazy juz odzwyczailismy sie od takich luksusow :) No i jedzonko - tym razem znalezlismy mala rodzinna knajpke, w ktorej promocyjnie zamowilismy trzy pyszne kanapki (w tym jedna weganska - ku zdumieniu kucharki - ale dala rada wysmienicie).

Colima jest sympatycznym miasteczkiem, do oddalonej o 9 km Comali zjezdzaja autubusy turystow zeby zjesc i napisc si etradycyjnych potraw. I posluchac muzyki i kupic jakas pamiatke. W takich miejscach mozemy rozlozyc nasz kramik a Ulises troche pograc. W ten sposob zarobilismy na kolejny etap podrozy :) Jutro wyruszamy do Guadalajary a stamtad na pustynie.

23:41, aneta.ulises
Link Komentarze (2) »
Maruata

W Patzcuaro spedzilismy kilka wyjatkowych dni, ale w koncu przyszla pora na pozegnanie z Janhia i Victorem. Rano, juz z plecakami, podeszlismy na targ, gdzie zwykle jedlismy sniadania: fasola, awokado, ryz, salata i pomidory. Wszystko polane pikantnym sosem i zawiniete w tortille.

Patzcuaro jest dosc rozleglym miasteczkiem wiec troche czasu z ajelo nam wyjscie na droge w naszym kierunku: plaza. Mylacy okazal sie drogowskaz wskazujacy 50 metrow do autostrady. Po przemaszerowaniu dobrego kilometra zapytalismy sprzedawce w malym sklepiku gdzie ta autostrada...: jakies kolejne 10 kilometorw. Co autor znaku mial na mysli?

Wybralismy droge platna zgodnie z regula placisz masz mniej zakretow. Posuwalismy sie powoli podziwiajac widoki. Jesli chcecie zobaczyc jak moze cudnie zmieniac sie krajobraz koniecznie jedzcie z Uruapan do Lazaro Cardenas. Najpierw przy drodze rozciagaja sie plantacje mango, ktore rosnie na poteznych drzewach o duzych, miesistych i blyszczacych lisciach. Droga prowadzi przez gory wiec co chwile rozciagal sie przed nami widok dojrzewajacych mango. Wspinalismy sie coraz wyzej i wyzej - coraz mniej zieleni, pojawily sie kaktusy, krzewy o ostrych lisciach i imponujace szczyty. A w dolinie plynela ogromna rzeka Las Balsas, ktora przeplatala sie z droga, a ta z kolei prowadzila przez liczne mosty i tunele. Na spokojnych odcinkach rzeki rubacy lowili ryby. A potem znowu coraz wiecej zieleni. Powietrze z rzeskiego i suchego zmienialo sie w wilgotne, lepkie i cieple. Znak, ze niedaleko do morza. Po obu stronach drogi w nieskonczonosc ciagnely sie palmy kokosowe. W ktorakolwiek nie spojrzec strone widoki takie, jak na "pocztowkach z dalekich krajow" :).

I tak zachwyceni dotarlismy do obrzezy Lazaro Cardenas skad juz blisko do Playa Azul (Niebieska Plaza). Lazaro Cardenas jest duzym osrodkiem turystycznym i portowym - pelnym turystow i luksusowych hoteli. Playa Azul to ciagle sympatyczna wioska - na ladnej plazy ciagna sie palapy (dachy z lisci palmowych), pod ktorymi mozna rozbic namiot albo rozwiesic hamak. Sympatycznie - szkoda tylko, ze fale Pacyfiku sa w tej czesci wybrzeza tak silne, ze nie mozna poplywac. Mozna za to popatrzec na rybakow i ptaki - wszyscy, tak jak potrafia, lowia ryby :)

Playa Azul to jeszcze nie ta plaza, do ktorej chcielismy dotrzec. Po dwoch dniach pakujemy wszystko do plecakow i ruszamy do Maruaty, ktora zapamietalismy jako piekna i bardzo spokojna plaze. Droga nr 200 na wybrzezu stanu Michoacan ma chyba tysiac zakretow - na szczescie przebylismy ja w kilku etapach, na koncu kazdego odwiedzalismy mijane plaze utwierdzajac sie, ze ta, do ktorej zmierzalismy jest ta naj, naj.

Zamieszkalismy w namiocie na plazy - hotel tysiaca gwiazd. Plaza nie jest juz taka pusta jak dwa lata temu, gdy bylismy tutaj, ale ciagle panuje tu senna atmosfera rybackiej wioski.

Przez caly czas przygladam sie zyciu rodzinki, na ktorej kawalku plazy zamieszkalismy. Mlode malzenstwo - nie maja wiecej niz 30 lat, piecioro dzieci, wszyscy mieszkaja w skleconej domowymi sposobami malenkiej drewanianej chatce - jedna izba sluzy domownikom za wszystkie pokoje i dodatkowo pelni funkcje restaruacyjki. Pan domu raniutko wyplywa na morze, wraca w poludnie i zalega w hamaku. Dzieci zajmuja sie soba nawzajem. Kazdy nowy namiot pod ich palapa to kilkadziesiat peso, za ktore mozna kupic chipsy albo jakis slodki gazowany napoj. Kilogram jablek kosztuje tu tyle ile 3 butelki coli albo 8 paczek chipsow. Opakowania po chipsach walaja sie wszedzie, ale jeszcze nie widzialam dziecka jedzacego jablko. Ale gdy wieczorem patrze na nasza rodzinke, gdy wszyscu ukladaja sie w przytulona do siebie "sterte" na hamaku, smiejac sie i opowiadajac sobie przygody minionego dnia, nie moge nie usmiechnac sie cieplutko :)

W poludnie, gdy trzeba schowac sie w cieniu, pracujemy - robimy kolczyki i bransoletki, dla dzieciakow naszej rodzinki gospodarzy kolorowe warkoczyki we wlosach. Przyda nam sie to wszystko, gdy juz bedziemy mogli otworzyc nasz "kramik" z rekodzielem.

A wieczorami patrzymy w niebo - wszystkie gwaizdozbiory widoczne jak na dloni :)

23:31, aneta.ulises
Link Komentarze (1) »
niedziela, 12 lutego 2006
Nad morze

Zasiedzielismy sie w Patzcuaro u znajomych Ulisesa - zycie tutaj wyglada zupelnie inaczej, spokojniej. Do miasteczka przyjezdzaja turysci, plyna na sasiednia wyspe, zjadaja cos pysznego w jednej z kilkudziesieciu knajpek, a przy okazji sluchaja muzyki Ulisesa i kupuja od nas kolczyki, ktore sami robimy (tez juz mam swoj warsztacik). Dzieki temu mocno wzmocnilismy nasz budzet :)

Jutro wyruszamy nad morze - poszukamy jakiegos przytulnego miejsca zeby poplywac i polezec na piachu ;)

21:49, aneta.ulises
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 lutego 2006
W droge!

Przychodzi taki moment, ze Miasto Meksyk zaczyna meczyc. Zamiast Zocalo wybiera sie wtedy park (jeden z ladniejszych to Viveros de Coyoacan), zamiast metra male busy jezdzace mniej uczeszczanymi trasami. Az wreszcie najlepsze co mozna zrobic, to wyjechac. I wlasnie tak zrobilismy. "Wydostawanie sie" z Meksyku zawsze zajmuje duzo czasu - miasto nie tak latwo wypuszcza tych, ktorzy sie tam znalezli (moze dlatego jest ich tam az 18 milionow). Najpierw busem pojechalismy do Bosque de Chapultepec (to miejsce niedzielnego wypoczynku - z zoo, wata cukrowa i jeziorkiem, po ktorym mozna polywac lodeczka), a potem w strone Salazar. Zatrzymalismy sie w LaMarquesa, przy dlugim ciagu przydroznych restauracyjek, zeby lapac pierwszego stopa. Cel podrozy Morelia w stanie Michoacan.

Zanim zdazylismy zdjac plecaki zatrzymal sie pierwszy kierowca - od razu stalismy sie nowa, krotkoterminowa rodzina, gdy okazalo sie, ze jego syn ma na imie Ulises :)

Dojechalismy do pierwszego wiekszego miasta Toluca, ktore musielismy przespacerowac z jednego kona do drugiego, zeby wydostac sie na droge do Morelii. Po drodze pytalismy sie kilkunastu osob o to, czy idziemy w dobrym kierunku. Kazda odpowiedz byla inna. Brakowalo tylko tej, ktorej w Meksyku uslyszec prawie nie mozna: "Nie wiem". Bo chociaz wiekszosc nie wie, to jednak zawsze cos wymysli :) Aby nie chodzic w kolko z ciezkim plecakiem trzeba wiec pytac wielu osob, miec mape i intuicje i z tego wszystkiego zkleic wlasciwy kierunek. Pytajac o droge lepiej wybierac osoby wg. specjalnego klucza. Oto moja prywatna hierarchia osob, ktore moga wlasciwie wskazac droge:

1) policjant lub mechanik z lokalnego warsztatu;

2) kierowca lokalnego autobusu;

3) pracownik stacji benzynowej;

4) inteligentnie wygladajacy przechodzien;

5) pani w sklepie przy drodze;

6) pozostali, z wyjatkiem dzieci i modziezy.

Z zalozenia nie ma co pytac dzieci i mlodziezy, bo co najwyzej:

1) zaczerwienia sie i odejda bez slowa;

2) zaczna sie smiac;

3) poprosza "one dollar" albo o cokolwiek innego.

A i tak to wszystko lepiej traktowac z przymruzeniem oka, bo tak naprawde nigdy nic nie wiadomo :)

Wracajac do opowiesci z podrozy - w koncu wydostalismy sie z Toluca na platna autostrade. Platne drogi (cuota) najczesciej tym roznia sie od bezplatnych (libre), ze prowadza krotsza droga, na ktorej jest mnniej zakretow. Wartobeac pod uwage bo przejaz przez gory Sierra Madre jest wyzwaniem dla kazdego, nawet najbardziej wytrzymalego zoladka.

Przy kazym punkcie poboru oplat (caseta de cobro) sa zazwyczaj czyste i vbeplatne toalety i jakis sklepik, mozna wiec lapac stopa w luksusowych warunkach :)

Dosc szybko zabralismy sie z trzema mlodymi aktywistami partyjnymi ich pickupem pelnym plakatow jakiegos kandydata na posla w marcowych wyborach. Ale o polityce nie rozmawialismy.

I wreszcie ostatni stop tego dnia, prosto do Morelia. Tym razem z hodowca i sprzedawca awokado - zapewnilismy go, ze znacznie przyczyniamy sie do rzowkitu jego interesu pochlaniajac duze ilosci awokado i sczesliwie dotarlismy na miejsce.

Morelia jest uroczym miastem, pelnym slicznych kolonialnych domkow. Na glownym placu kroluje katedra - piekna w dzien i zachwycajaca w nocy. Morelianie szczyca sie, ze zewnetrzne oswietlenie katedry projektowal ten sam projektant, ktory oswietlil wieze Eifla. Miasteczko ma swoj specyficzny klimat dzieki studentom :)

Sposord wielu morelianskich smakolykow nie mozna przegapic atole z guayawy. Atole to cieply napoj kukurydziany - gdy dodac do niego zmiksowany owoc guayawy, troche cierpki w smaku, powstaje przepyszny i sycacy koktail. Pycha!

Nie zostajemy w Morelii na dluzej - chcemy dotrzec w spokojniejsze miejsce. Kolejny prystanek to miasteczko Patzcuaro nad jeziorem.

20:13, aneta.ulises
Link Dodaj komentarz »
O tym jak nie stalismy sie wlascicielami czerwonego garbusa

Zeby nie zostac wlascicielem czerwonego garbusa trzeba sporo sie nameczyc i miec troche szczescia. Oto historia, jak nam sie to udalo.

Dzien 1 - Wracajac do domu Ulisesa mijamy zaparkowanego przy sasiednim sklepiku czerwonego garbusa - dokladnie o takim od zawsze marzylam. Takich cudeniek jest w Meksyku cale mnostwo - ale ten, jak mowi Israel, brat Ulisesa, jest na sprzedaz. Cena - 5 tys. zl, rocznik 1994. Marze chwile i zapominam.

Dzien 2 - Rano poznajemy sasiadke Ulisesa. Wieczorem, zupelnie przypadkiem, Claudia - siostra Ulisesa mowi, ze sasiadka chce sprzedac swojego garbusa. Wlasnie tego, ktorego widzielismy wczesniej. Cena: 3 tys. zl, rocznik: 1986. Marzenie zaczyna kielkowac.

Dzien 3 - Zauwazam juz wszystkie czerwone garbusy, ktore poruszaja sie ulicami Meksyku. Zastanaiwmy sie, czy taki samochod wytrzymalby nasza podroz. Wszyscy znajomi mowia, ze na pewno i dodaja, ze jest bardzo tani w eksploatacji. Podejmujemy decyzje. Ekspertem obwolujemy Tate Ulisesa, ktory potwierdza, ze samochod jest w dobrym stanie, ale nie wiadomo czy dalby rade w naszej wyprawie. Cena: 4 tys. zl, rocznik: 1984.

Dzien 4 - Szukamy sasiadki - w koncu ona moze nam najwiecej powiedziec. Jestesmy nastawieni, ze kupujemy, umowilismy sie juz ze znajomym mechanikiem, ze nam go za friko przygotuje do drogi. Sasiadka ostatecznie potwierdza: Cena: 4.5 tys. zl, rocznik: 1992. Tylko... samochod nie jest juz na sprzedaz! Jakis czas temu, po rozmowie z Ekspertem-Sasiadem-Tata Ulisesa, zmienila zdanie (planowala sprzedac garbusa i kupic cos innego, ale Ekspert doradzil, ze lepiej poczekac).

I tak oto zrobilismy wszystko co w naszej (i meksykanksiej) mocy, zeby nie zostac wlasciecielami czerwonego garbusa....

:)

19:51, aneta.ulises
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5